Rozdział I
Kopyta z wściekłością uderzają o potężne wrota. Rżenie co chwila przeplata się z lamentem kobiet i płaczem dzieci. Genesis przestępuje z kopyta na kopyto, rusza uszami na wszystkie strony wyłapując pojedyncze dźwięki. Semilia siedzi prosto w siodle wpatrzona w mury jakby bała się, że zaraz przedrze się przez nie armia jeźdźców.
-A więc po raz kolejny śmierć znalazła nas szybciej niż my ją...
-Co zdziałamy przeciwko takiej nienawiści?
Nie odpowiada śledząc bramę, która stawia coraz mniejszy opór przed żelaznym taranem i kopytami koni. Żołnierze zaczynają szemrać między sobą. Z powątpiewaniem rozglądają się po przerażonych niewiastach. Zbliża się do mnie jeden z doświadczonych wojowników bez jednego oka, które wydrapał mu smok. Nie wierzę w te opowiastki. Smoki to przeszłość. Od tysiącleci nikt ich nie widział. Nie ma nawet pewności, że istniały naprawdę.
-Co mamy robić? Oni zaraz się tu wedrą!
-Macie rację czekając tu nie odeprzemy ich ataku. Przecież nikt nie kazał nam tu bezczynnie czekać. Zgotujmy im szarżę, której nikt nie zapomni.
-To na nic się zda...
-Wolicie czekać aż śmierć przyjdzie po was? Wyskoczmy naprzeciw! Siejmy grozę z odwagą stawiając się wrogom!
Żołnierze przypatrują się mnie z nieskrywanym podziwem.
-Na śmierć!
Genesis puszcza się galopem w stronę pękających wrót. Mocniej ściskam rękojeść miecza. To jest Ten moment. Moment, w którym życie staje przed oczami. Moment, w którym strach i odwaga jednocześnie chwytają za serce. Moment idealnego skupienia i rozbieganego chaosu...
Genesis, porządnie wyszczotkowany, z zadowoleniem skubie siano, raz po raz machając białym ogonem. Całuję go w miękkie chrapy i wymykam się ze stajni. Przemykam niczym kot przez dziedziniec skąpany w blasku zachodzącego słońca. Przebiegam przez korytarze aż staję przed pięknie zdobionymi wrotami. Delikatnie unoszę kołatkę, w kształcie splecionych głów konia i smoka, i puszczam. Rozlega się charakterystyczny dźwięk stuknięcia. Otwieram drzwi. Ból chwyta mnie w swe objęcia na widok ojca na wpół siedzącego na krześle.
-Gdzież to byłaś moja droga?
Jego łagodny, czysty głos wlewa w moją duszę niespokojny spokój i przyprawia o przyspieszone bicie serca.
-Byłam w terenie z Genesis ojcze...
Wystarczyło jedno spojrzenie by się przekonać, że wie o wszystkim i go nie oszukam. Lekki uśmiech wstępuje na jego bladą twarz.
-Wyglądasz na zmęczoną "jazdą w terenie"... Opowiedz mi o tym co słychać na wschodzie, opowiedz o bitwie...
-Bitwie...jakiej bitwie?
Lubię się z nim drażnić udając niewinną księżniczkę.
-Chcesz kłamać ojcu w żywe oczy? Mojej uwadze jeszcze nic nie umknęło, skarbie.
Przybieram poważną minę, na widok której ojciec lekko się przestrasza.
-Ojcze będę musiała cię zmartwić...
Przez szmaragdowe tęczówki przebiega mrok. Elf bierze głęboki wdech i odwraca wzrok.
-Czyżby było aż tak źle?
-Jeźdźcy z północy, ku mojej radości, nie zajęli Twierdzy Gwiazd. Ich krew ściekła po murach twierdzy... Obawiam się, że pojechali zwołać naradę Pięciu Rodów...
Król łapie się za gardło. Nerwowo łapie powietrze jakby wcale go nie było. Zamyka oczy i zaczyna się dławić.
-Ojcze...?
-Nic mi nie jest...
Zsuwa się z krzesła i nieprzytomny pada na podłogę. Strach przeszywa me serce niczym strzała z trucizną. Wybiegam z komnaty wołając straż i lekarza. Lekarz przybiegł i natychmiast zaczął badać ojca. Cała służba zgromadziła się w komnacie chcąc być jak najbliżej władcy. Medyk podaje ziołowy napar i kilka fioletowych owocków. Skłaniając się odsuwa się w stronę zaniepokojonej służby. Staje przede mną i zaczyna mówić niezwykle ściszonym głosem.
-Nasz kochany król, i twój ojciec pani, jest poważnie chory...
-Ale...
-Proszę zachować spokój. Choroba okazała się chorobą ukrytą i dopiero teraz, gdy jest w stadium zaawansowanym, pokazała się na zewnątrz...
-On...umrze?
-Niewykluczone, ale jeżeli leki przyjmą się to powinien wrócić do dawnej formy...
Strażnicy wyprowadzają służbę, która szepta między sobą. Podchodzę do ojca i chwytam jego chłodną dłoń. Nie powstrzymuję dzikiego szlochu, który wydziera się z wnętrza mojej duszy. Poprzez zasłonę łez dostrzegam słabe ogniki w zielonych oczach.
-Córeczko moja najdroższa...
-Słucham...
Kaszel uniemożliwia wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Żal ściska mą duszę na widok choroby trawiącej króla, który bierze haust powietrza.
-Uwierz w swoje możliwości, bo możesz więcej niż ci się wydaje... Obiecaj mi, że jeżeli odejdę do przodków, na moje pożegnanie ubierzesz jasną suknię podarowaną przez twą matkę, a we włosy włożysz kwiat białej róży...
-Ależ po cóż miałabym wdziewać jasny strój?
-Ponieważ wszyscy zgromadzeni będą mieli czarne stroje, których nie znoszę... Pamiętaj, iż odchodzę jedynie duchowo, moja córko, zawsze będę przy tobie...
-Nie mów tak... Nie chcę byś odszedł... Nie teraz, gdy kraj jest w potrzebie...
-Widać nadszedł czas byś przejęła władzę nad ojczyzną...
-Ja sobie nie poradzę...
-Nadszedł czas...
Nastaje cisza przerywana jedynie świszczącym oddechem chorego króla. Ocieram łzę, która zaplątała się pod rzęsą. Czyżby to był koniec?
niedziela, 11 maja 2014
niedziela, 4 maja 2014
Prolog
Wróg uderza w najsłabsze ogniwa armii zmuszając do natychmiastowego poddania się jego woli...
Jeden nieostrożny ruch przywódcy może sprawić, że wszystko co posiada stanie w ogniu wraz z tymi, których kocha...
Codziennie staramy się ujarzmić rzeczywistość nakazując by była posłuszna, lecz ona niczym nieokrzesany mustang, wyrywa się i kieruje przeznaczeniem nie tak jak byśmy to widzieli...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

